|
|
|
Herman i Ukraina. Pierwsza znajomość.
|
|
|
|
Fragment książki "Kolekcja namiętności", Czarne, Wołowiec 2004 Przełożyła Renata Rusnak
Postanowiliśmy razem pojechać do Lwowa. Nie tylko dlatego, że moi rodzice nieraz w ciągu tych 2 lat naszego wspólnego życia wyrażali chęć poznania się w końcu z przyszłym zięciem, ale i dlatego, że jak się okazało, Herman był chyba jedynym spośród swoich znajomych, kto jeszcze nie był we Lwowie, i to stawiało go w zabawnym położeniu. Tak więc zaczęliśmy przygotowania. Na początek Herman zdecydował, że nauczy się choćby kilku zdań po ukraińsku, i w tym celu kupił tysiącstronicową książkę pt. „Językoznawstwo porównawcze języków rodziny praindoeuropejskiej”, z której 100 stron poświęconych było komparatystyce języka starosłowiańskiego i pochodnych od niego grup: zachodniej, wschodniej i południowej. Po długotrwałych dyskusjach udało mi się przekonać Hermana, że nie ma sensu aż takie zagłębianie się w powagę materii i że lepiej pójść trochę krótszą i bardziej powierzchowną drogą, np. nauczyć się jak po ukraińsku będzie „Brot”, „Butter”, „Guten Tag” i „Danke”. Już po kilku miesiącach Herman doskonale nauczył się czytać 15 ukraińskich związków wyrazowych (prowadził dokładną statystykę swoich sukcesów), 34 rozpoznawał nie tak łatwo, znał 55 słów, 12 zdań i zapamiętał zwroty: „Dzień dobry, kochana”, „Dobranoc, słońce” i „Ten kchobjeta – super”, co miało znaczyć „To piękna kobieta”. Tego ostatniego nauczył go przyjaciel, który już był we Lwowie i wrócił zachwycony urodzą galicyjskich dziewczyn. Herman często mylił znaczenie dwu pierwszych zwrotów, wskutek czego wynikały pewne stylistyczne nieporozumienia, mimo to, takie zainteresowanie prawdziwego Niemca, w dodatku barona, językiem ukraińskim powinno wywołać nie byle jaki zachwyt Lwowian i (jak myślę) korzystnie wpłynąć na wzrost świadomości narodowej. Nasz wyjazd kilkakrotnie się odwlekał. Najpierw dlatego, że Herman nijak nie mógł osiągnąć stanu wewnętrznej gotowości do tak ważkiego przedsięwzięcia w jego życiu, potem z powodu przyczyn obiektywnych. Niemieckie media rzadko przekazywały informacje z Ukrainy, na ogół zadawalając się uspokajającymi wiadomościami o tym, że „w strefie reaktora w Czarnobylu nie nastąpiły żadne zmiany”. A kiedy już informowały o jakichś zdarzeniach, to było to mocno przesadzone i podbarwione. Kiedy np. wprowadzono nową jednostkę monetarną, hrywnię, to z niemieckich gazet wynikało, że następnym krokiem ukraińskiego rządu będzie zakaz wwożenia do kraju jakiejkolwiek waluty obcej, że inflacja przerośnie w hiperinflację, a za moment w ogóle rozpocznie się wojna domowa. Oczywiście takiej sytuacji nie można było uznać za sprzyjającą pierwszej wizycie poznawczej, zwłaszcza dla człowieka, który nie tylko nigdy nie odczuł, co to takiego inflacja, ani raz nie widział ukraińskiego celnika, ale nawet nie wyobraża sobie, że mogą istnieć klatki schodowe, w których światło nie zapala się samoczynnie równocześnie z otwarciem drzwi, nie mówiąc już o klatkach, w których w ogóle nie ma światła czy drzwi wejściowych. W ciągu kilku następnych miesięcy hipotetyczna data naszego wyjazdu jeszcze kilkakrotnie pokryła się z gwałtownym spadkiem temperatur w zachodnich rejonach Ukrainy, niespodziewanymi opadami śniegu, potem totalnym brakiem opadów i gwałtownym podwyższeniem temperatury, kilkakrotnie po prostu wydaliśmy pieniądze odłożone na wyjazd i trzeba było czekać, aż znów uzbieramy, albo rodzice Hermana zaproponują pomoc finansową. Aż wreszcie zdecydowaliśmy, że nie możemy tego dłużej odwlekać, i jeśli w ogóle kiedykolwiek chcemy ten wyjazd zrealizować, to trzeba to zrobić natychmiast. Ściślej mówiąc zdecydował Herman, i kiedy przyszłam wieczorem do domu, poinformował mnie, że swoje rzeczy już spakował, dziś rano przyszedł z Konsulatu Ukraińskiego jego paszport z wizą i jutro o świcie jedziemy autobusem, na który zarezerwował bilety. Jechaliśmy rejsowym autobusem, który miał „wejścia na granicy”, dlatego Herman nie miał szczęścia doznać pierwszych silnych wrażeń z kontaktu z naszym krajem. Przecięliśmy granicę nad podziw szybko, do czego przysłużyła się najpewniej skrzynka niemieckiego piwa, która znikła spod siedzenia kierowcy i niemal niepostrzeżenie dla pasażerów wylądowała w budce kontroli celnej. Jedynym silnym wrażeniem, które przypadło w udziale Hermanowi, była toaleta przy stacji benzynowej, gdzie się zatrzymał autobus. Padał deszcz, droga nie była asfaltowa i ścieżka do tego klasycznego drewnianego przybytku, o zapachu jeszcze nigdy nie doświadczonym przez Hermana, rozmokła. Drzwi, na których czerwoną farbą była napisana duża litera M, zostały Hermanowi w rękach, po tym, jak spróbował je otworzyć. Najwyraźniej puściły zawiasy, zaś ze środka wyskoczył przestraszony kogut. Nie mniej od niego przerażony widowiskiem i zapachem Herman, odłożył plan zaspokojenia potrzeb fizjologicznych do Lwowa i z zakłopotaniem zapytał mnie, czy wszystkie nasze toalety tak wyglądają. „Nie wszystkie, ale sporo” – postanowiłam go nie załamywać, bo nie wiadomo, jaka jeszcze czekała nas niespodzianka i jak na nią zareaguje nie przyzwyczajona arystokratyczna psychika Hermana. Jednakże nie doceniałam go. Herman bardzo szybko odkrył, że rzeczywistości, która go otacza, nie można brać na serio, trzeba bawić się w to wszystko, jak we wciągającą grę. I gra ta szalenie mu się spodobała. - Jeszcze nigdy nie brałem prysznica z wiadra! – zachwycony dzielił się przez telefon swoimi pierwszymi wrażeniami z mamą. Nie wiem, co po tym wyobrażała sobie Frau von Drachenfeld, ale moja mama czuła się bardzo niezręcznie, z powodu naszych służb komunalnych, kiedy pierwszy baron przebywał w ciemnym i zawalonym starymi meblami mieszkaniu, które w Niemczech dawno już trafiłoby „na granicę remontu kapitalnego”, albo też stałoby się mieszkaniem-skansenem, czymś na kształt naszego „Szewczenkowskiego gaju”. „Tak mieszkali, a w wielu miejscowościach nadal mieszkają ludy Ukrainy Zachodniej – opowiadałby przewodnik i demonstrował szczególnie ciekawskim turystom ręczną maszynkę do mięsa z roku 1955. Kto odgadnie przeznaczenie tego urządzenia otrzyma zwrot kosztów wycieczki. Tak więc, moja mama czuła się bardzo niezręcznie z powodu braku ciepłej wody, wskutek czego prysznic trzeba było brać „z wiadra”, czyli spłukiwać się wodą nagrzaną na kuchence gazowej. Hermanowi straszliwie się ta rozrywka spodobała. Co prawda już na trzeci dzień znudziło go grzanie wody, więc po prostu brał zimny prysznic, ale ani razu nie poskarżył się na dyskomfort. Starając się zrobić na mojej rodzinie jak najlepsze wrażenie, już w progu powiedział starannie przygotowane w drodze „Dzień dobry!”. Przyjemnie tym zaskoczył moich rodziców, ale nie babcię, która ten fakt przyjęła jako rzecz całkowicie naturalną i od razu familiarnie obcałowała Hermana: - Kochasiu ty nasz, i po naszemu już mówić naumiał się. Fajny chłopaka, tak trzeba i im wsim, faszystom, z ciebie przykład by brać, a tak przyjeżdżają i nic nie pojmiesz, co oni tam bełkotają. A ten, bacz jaki choroszy, z progu już „dobrydzień” mówi. Fajny chłopaka, fajny, od razu widać, że fajny! Herman poczuł się trochę nieswojo w obliczu takiej ilości niezrozumiałych słów, skierowanych do niego, z absolutnym przekonaniem, że w odpowiedzi natychmiast zaćwierka wyszukanym dialektem połtawskim. - Ja nie fersztejen – próbował powstrzymać moją babcię, ale nie tak lekko było ją zbić z pantałyku. - To nic, to nic, za parę dni zafersztejesz, po tobie od razu widno, że zafersztejesz. Bacz, jaki młody, a już w oczkach, znaczy, czyta dużo. Nu a raz czyta, to i skoro rozumieć zacznie. Nic ty nie martw się. Już drugiego dnia, Herman przywykł do babcinych monologów, i nawet od czasu do czasu próbował na nie reagować, słysząc znajome słowa. Najtrudniej było mu przywyknąć do rygoru żywieniowego, jaki babcia wprowadziła. Co godzinę przygotowywała dla niego talerz kaszy manny, pierogów, naleśników, albo kartofli, bez słowa stawiała to przed nim, wkładała mu do ręki widelec albo łyżkę i siadała naprzeciw zagadując. - Jedz, jedz, nic słyszeć nie chcę, że nie głodny. Chłop to zawsze głodny, jedz, jedz. W ciągu kilku pierwszych dni nigdzie nie puszczałam Hermana samego i wszędzie go odprowadzałam. Ale już po trzecim dniu, zażyczył sobie samodzielnie pojechać do miasta. I pojechał, mimo mocnych sprzeciwów babci i reszty rodziny. „Tyle wrażeń, ile zdobyłem w ciągu tych kilku godzin, w domu nie przeżyłbym przez rok”, opowiadał zachwycony po powrocie. „Jak tylko wsiadłem do tramwaju, ten się zapalił, to znaczy, tylko trochę zaczął dymić i strasznie śmierdziało. U nas już zaczęłaby się panika, ludzie wyskakiwaliby przez okna, przyjechałoby pogotowie techniczne, a tu poza mną chyba nikt nie zwrócił uwagi, wszyscy siedzieli spokojnie, dojechaliśmy do końcowego przystanku, wysiadłem ze wszystkimi, tramwaj pojechał dalej, a za nim wlókł się niewielki ogon dymu. Jakaś starsza kobieta próbowała mi w tramwaju sprzedać jakąś książkę, a kiedy jej podziękowałem (co prawda, zapomniałem jak to będzie po waszemu, więc powiedziałem po niemiecku), ze strachem odskoczyła i przesiadła się jak najdalej ode mnie. Starzy ludzie u was ciągle boją się Niemców?”. Lwów przywitał nas jak tylko mógł przyjaźnie: całymi dniami bez przerwy lał deszcz, temperatura była zbyt wysoka jak na styczeń i zbyt mokra jak na wszystkie inne pory roku, mimo deszczu z nieba stale usiłowała opaść na ziemię jakaś ziemistoszara kasza, którą tu nazywa się śniegiem. Opaść się jej jednak nie udawało, za wysoka temperatura asfaltu jeszcze w powietrzu przetwarzała ten „śnieg” w produkt, a ściślej płyn, którego nazwa bardziej odpowiadała jej wyglądowi i właściwościom, i roznosiliśmy tę kaszę po starych ulicach, placach, po mniej starych, ale nie mniej zniszczonych tramwajach, po bruku, asfalcie, i pewną ilość w postaci twardych skamieniałości donosiliśmy na korytarze naszych własnych mieszkań, których nikt nawet nie próbował utrzymać w zwykłym porządku, nie mówiąc o jakimś zbliżaniu do europejskiego standardów. Lwowianie dawno już przywykli do takiej pogody, i część z nich nawet cieszyła się, że „Chwała Bogu, nie ma mrozu, przynajmniej nie jest ślisko”, a inna wprost przeciwnie, narzekała „Mógłby śnieg choć chwilę poleżeć”. Pierwsza część oczywiście mieszkała w mieście i nie miała żadnego stosunku do gospodarki rolnej, drugą stanowili mieszkańcy wsi i przedmieść czy zwyczajnie ci przejęci losem ukraińskiego rolnictwa. Ale ogólnie wszyscy byli jednak, jeśli nie zadowoleni, to przynajmniej spokojni, a Hermanowi nie pozostało nic innego jak tylko ten spokój podzielić. Tak też zrobił, ale już trzeciego dnia pobytu we Lwowie, okazało się nagle, że jego nieprzywykłe do ukraińskiego błota białe spodnie z wysokiej jakości drogiego materiału, prawie całkiem zmieniły swój kolor, a przynajmniej wyglądały tak, że szanujący się przodek barońskiego rodu nie ośmieliłby się pokazać ludziom na oczy, nawet gdyby to byli przedstawiciele najbardziej opóźnionego i zacofanego w świecie narodu, do jakich bez dwóch zdań, Ukraińców zaliczyć nie można. Spodnie bez wątpienia trzeba było wyprać i nie byłoby to problemem, gdyby nie okazało się, że są one jedynymi, jakie Herman ze sobą zabrał. Trzykrotnie przeglądając zawartość jego ogromnej walizy, znaleźliśmy tam: sekretarkę, Biblię w przekładzie Martina Lutra, 1000stronicową pracę pt. „Językoznawstwo porównawcze języków rodziny praindoeuropejskiej”, z której 100 stron poświęcone było komparatystyce języka starosłowiańskiego i wywodzących się z niego grup – zachodniej, wschodniej i południowej, od których Herman rozpoczął swoją naukę ukraińskiego, cztery tomy utworów Szekspira w oryginale, słownik angielsko-francuski, 4 jednolitrowe butle szamponu, 5 szczoteczek do zębów, 2 ręczniki (80x100), kąpielówki, okulary słoneczne, stopery do uszu do spania i pracy w bibliotece, 2 tomy Andreasa Gryphiusa i 2 prace z teorii niemieckiej poezji barokowej, dużo paczek chusteczek higienicznych, 2 pary slipek i trutkę na karaluchy. I to wszystko. Nawet gdyby za pomocą piekarnika i żelazka udało się wysuszyć spodnie Hermana w rekordowo krótkim czasie, pewnie przez jakieś dwa dni nie mógłby wyjść z domu, a już po 3 godzinach nieprzerwanego siedzenia w słabo przewiewnych i ponurych ścianach naszego mieszkania, Herman zaczynał odczuwać oznaki zbliżającej się silnej depresji. Zaczynał gorączkowo sprawdzać obecność biletu powrotnego, paszportu, wizy w paszporcie, podliczał czas, jaki pozostał do odjazdu, pytał czy może się tak zdarzyć, że autobus nie odjedzie itp. By nie doprowadzać do traumy delikatnej psychiki Hermana, koniecznie trzeba mu było kupić drugie spodnie. Rzeczy takiej jakości, do jakiej Herman przywykł i w cenie, która by nam odpowiadała, mogliśmy znaleźć tylko w second-handzie. Wyjaśniłam Hermanowi, że nie jest to takie straszne, jak mu się wydaje, że ubrania, które są tam sprzedawane, zostały przywiezione z miejsca, z którego właśnie przyjechaliśmy, że są dezynfekowane na wszystkich granicach, i że ubieranie się w second-handach jest teraz bardzo modne na całym świecie, nawet niektóre hollywoodzkie gwiazdy, nie mogą sobie odmówić tej przyjemności. Mimo absolutnej konieczności i przeprowadzonej wcześniej rozmowy, trochę się obawiałam wprowadzając Hermana między rzędy niskich stołów, ław i zwyczajnych skrzyń, na których – wznosząc się niewiele ponad poziom błota i wody z kałuży – leżały góry szmat, w których trzeba było długo grzebać, by znaleźć coś co nadawałoby się do użytku. Trochę wyżej, na co poniektórych zardzewiałych hakach, wisiały na wieszakach przebrane przez właściciela rzeczy, uznane za lepsze i sprzedawane nieco drożej. Przeważnie były to skórzane kurtki, szare i fioletowe swetry z angory, skórzane i dżinsowe spódnice w rozmiarze uniwersalnym, pasujące na kobiety między 42-48, i dżinsy, o których trudno było powiedzieć czy są męskie czy damskie, bardzo szerokie w talii i zwężane u dołu. Wyjaśniłam Hermanowi, że i tym nie należy się zrażać, bo te ubrania dobrane są zgodnie z modnym i kultywowanym u nas chińsko-tureckim stylem, do którego wszyscy dawno już przywykli i przestali nawet zauważać. Podobnie jak nadmiernie jaskrawy makijaż u kobiet, w kolorach bardziej przypominających barwy wojenne Indian z NRD-owskich filmów. Tak samo zresztą jak i zbyt grube i za mocno skręcone „na baranka” loki, których efekt osiąga się przy pomocy mieszanki silnie toksycznych produktów kosmetycznych o subtelnych nazwach Lokon, Luks i perhydrol, które w ściśle określonym porządku nanosi się na włosy, potem włosy nakręca się na drobne wałki i suszy mocną suszarką, a wszystko to razem nazywa się nadzwyczaj praktycznie „trwała”. Wyjaśniłam też Hermanowi, że również nie należy się obawiać nadmiernie mocnych naturalnych zapachów, produkowanych przez naszych współobywateli w tramwajach, autobusach i w najegzotyczniejszym dla człowieka Zachodu i niemal wymarłym rodzaju transportu – w trolejbusie, czy po prostu na ulicy. Spodnie znaleźliśmy niemal od razu. Silna ulewa i niesprzyjająca pora roku nie pozwalały ich zmierzyć, nie było jednak takiej potrzeby: znalezisko idealnie pasowało do ogólnego stylu Hermana i było w odpowiednim rozmiarze. Zapłaciliśmy, a wciąż jeszcze zszokowany tanizną zakupu Herman, już w domu, mierząc spodnie, mechanicznie włożył rękę do kieszeni, skąd wyjął zgubiony pół roku wcześniej bilet studencki na swoje własne nazwisko. Kiedy uważniej przyjrzeliśmy się świeżo kupionym spodniom, zobaczyliśmy na nich maleńka plamkę, której swego czasu nie udało nam się wywabić i przez którą Herman zdecydował się oddać swoje ulubione spodnie pomocy humanitarnej. Takie akcje przeprowadzane były dwa razy do roku co było bardzo wygodne: wszystkie niepotrzebne szmaty lądowały przed drzwiami w worku z odpowiednim napisem. I nawet nie trzeba było dopłacać za dodatkowy wywóz śmieci.
kommentare/komentarze/коментарі[0]
Tagi:
|
|
|